niedziela, 20 października 2013

Matrix - czyli dlaczego 2 i 3 część jest bardzo słaba .

Witajcie,

parę dni temu był na Wykopie całkiem fajny artykuł, w którym autor usiłował tłumaczyć, że 2 i 3 część Matrixa wcale nie jest słaba i nudna i co tam kto chce niech wpisze. Postanowiłem więc wrzucić parę rzeczy od siebie, bowiem uważam, że nie tylko dwójka i trójka jest słaba, ale to wręcz zupełnie inne filmy, pasujące do jedynki tylko w ogólnym zarysie. Oto moje wynaturzenia dlaczego.

Jedynka jest oparta na Biblii. Stanowi to jedną z kilku podstawowych warstw interpretacyjnych, ale najważniejszą IMHO. Innymi jest nawiązanie do Alicji w krainie czarów, cz do wschodniego mistycyzmu, o czym później. Dlaczego tak?

Neo to Jezus.
    -You're my savior, man. My own personal Jesus Christ. słyszy Neo gdy otwiera drzwi swojego mieszkania
    -Neo poświęca swoje życie, umiera i zmartwychwstaje ratując Morfeusza.
    -Płyta Nabuchodonozora nosi napis "Mark III nr 11". W Ewangelii Marka r. 3 wers 11 mamy "Nawet duchy nieczyste na Jego widok padały przed nim  i wołały <<<Ty jesteś Syn Boży>>>" (znalazłem w sieci
! http://www.thethinkingatheist.com/forum/Thread-Religion-in-the-Matrix-Neo-is-basically-Jesus)
    -Jezus był kuszony na górze, Neo jest kuszony przez Smitha na początku filmu.
    - Neo jak Jezus na końcu wznosi się do nieba

Trinity to po polsku Trójca, Holy Trinity to Trójca Święta (Neo, Morfeusz, Trinity)

Morfeusz to Bóg-Ojciec
    -Morfeuszu, byłeś dla nas nie tylko przywódcą, ale i ojcem. Będzie nam ciebie brakowało. - mówi Tank, gdy Morfeusz prawie zostaje odłączony od sieci aby nie wydać kodów do Syjonu

Cypher, główny przeciwnik Boga-Ojca to po prostu LU-Cypher czyli Lucyfer

No właśnie Syjon czyli żydowska ziemia obiecana. Żydzi do niej tęsknili, bowiem byli na wygnaniu. Bohaterowie w jedynce tęsknią za nią bo jeżdżą po kanałach i jej nie widzą.

Trinity spotyka się z Neo pod mostem Adama.

Nabuchodonozor to król babiloński, znany przede wszystkim z Biblii bowiem zdobył Jerozolimę, co się skończyło dla Żydów wygnaniem.

Pierwszy Matrix był rajem. Ludzie go odrzucali jak Adam i Ewa odrzucili raj, bo zjedli owoc.

Wyrocznia jest po prostu prorokiem, który głosi nadejście Mesjasza. Nigdzie nie ma w filmie odpowiedzi- analizuje czy ma dar wieszczy.

Jest tam jeszcze trochę innych aluzji, ale zostawmy je już. bo sądzę że większość z Was się ze mną zgodzi. Jednak jedynka jest też bardzo negatywnie nastawiona do tradycji chrześcijańskiej.

Morfeusz: Matrix jest wszędzie, otacza nas ze wszystkich stron. Nawet tu i teraz. Widzisz go wyglądając przez okno i włączając telewizor. Czujesz, gdy idziesz do pracy, czy do kościoła, gdy płacisz podatki. To świat, który postawiono ci przed oczami, by przesłonić prawdę.

Zobaczcie że jeden raz pojawia się w kościół i jak negatywnie jest przedstawiony?

Znowu agent Smith mówi słowa żywcem wyjęte z filozofii New Age, głoszącej kres chrześcijaństwa i nastanie Ery Wodnika
    -Wyjrzyj przez okno. Wasz czas już przeminął. Przyszłość należy do nas. Nastała nasza era.

Z braku czasu skończę i ten wątek i zabiorę się teraz za dwójkę i trójkę.

---------------------------------

Tu też można zauważyć aluzje biblijne, ale mało znaczące i nieliczne.

Neo idąc do wyroczni napotyka Serafina. Walczy z nim, co jest jedną z wielu świetnych scen akcji. Ale Serafin to przecież anioł. Walczy z Neo jak Jakub z aniołem w Biblii nad potokiem Jabbok. Serafin sądzi że człowieka może poznać w walce, a Jakub dostał po tej walce imię, ukazujące prawdę o Żydach, bowiem Izra-El znaczy walczący z Bogiem.

Niesetey, gdyby dwójka i trójka trzymały sie Biblii, byłyby bardzo dobrymi filmami. Czym więc są? Tanią gnostycko-new ageowską czytanką, która podświadomie ma nauczyć tej filozofii widza.

Wschodnie elementy pojawiają się już w jedynce, ale nie są dominujące. Noe u wyroczni trafia na dziecko z łyżką, które wygląda jak mnich buddyjski i uczy go że rzeczywistość to iluzja. Buddyzm w czystej postaci.

Za to części 2 i 3 to już prawdziwy wysyp tego. Gnoza i wschodni mistycyzm w naszej zachodniej wersji wylewa się tu z ekranu przyprawiając o mdłości i powodując ledwo wyczuwalne uczucie niechęci, jawnie kontrastujące z pozytywnym wrażeniem pozostałym po jedynce. To jakby jehowi zapukali do drzwi i powiedzieli że mają fajne kursy samoobrony tylko że naprawdę uczyli o swojej religii.

Neo ju nie jest Jezusem z Biblii. Według gnozy (w uproszczeniu) świat stworzył zły stwórca, ale ma przyjść dobry odkupiciel, który wszystko odmieni. I rzeczywiście jedynka nie opiera się na gnostyckim manicheizmie, tylko na Biblii, wiec postaci Architekta nie ma. Architekt został wymyślony w dwójce. To Demiurg, zły Bóg-stwórca. Neo zaś to świetlisty mesjasz, co tłumaczy dlaczego na końcu trójki widzi świat prawdziwy mimo że nie ma oczu. Zwróćcie też uwagę jak widzi. już nie na zielono ale w kolorach światła. I to przecież nie jest Matrix ale nasza postapokaliptyczna rzeczywistość.

Trinity musi umrzeć, bo gnostycka współczesna religia chce zniszczyć chrześcijaństwo. Więc Trinity ginie na końcu.

Neo jest też kapłanem gnostycyzmu. Jego strój to sutanna bez koloratki.

Moją ososbista refleksją nt. róznicy miedzy wizją świata według chrześcijaństwa a newagowskiej gnozy, jest- że w chrześcijaństwie masz wolną wolę i nic nie jest ustalone z góry. Mozna tylko przewidzieć, tak jak się domyśla. W neognozie isntnieje przekonanie że wszystko jest ustalone z góry, zdeterminowane. I rzeczywisćie w jedynce Neo nie wierzy w przeznaczenie, tak mówi. W dwójce Smith do niego mówi tak
    -Nie jesteśmy tu dlatego, że jesteśmy wolni. Jesteśmy tu, gdyż jest wręcz przeciwnie. Nie uciekniemy przed celem, nie możemy mu zaprzeczyć, ponieważ, jak obydwoje dobrze wiemy, bez celu nie moglibyśmy istnieć.
a Merowingan- Wybór jest iluzją stworzoną przez tych, którzy posiadają władzę, dla tych, którzy jej nie mają
w dwójce i trójce rzeczy się dzieją bo muszą. To determinizm w czystej postaci.

Już w jedynce Smith mówi że ludzie to wirusy. Aż brzęczy tu echo zielonej ekologicznej filozofii, która mówi że jesteśmy zagrożeniem dla Ziemi, bo według new age Ziemia to organizm, żywa istota więc ludzie mogą być jej wirusami.

W trójce katechizm new age uczy widza, że wiara w kamienie jest fajna , bo jeden z bohaterów nosi je na sobie. To nowy przecież aż się kłania dzisiejszy zabobon  wiara w kamienie, które przyciągają energię kosmosu.

Wybaczcie że tutaj skończę, Zaczynam przynudzać.

Uważam że dwójka i trójka są podstępnie podłe, bowiem uczą wschodniej gnozy, a udają film. Jedynka po prostu jest polemiką z Biblią. Czerpie z niej całymi garściami i uzupełnia tylko gnozą.

I na koniec takie drobne pytanie do niektórych - czy to nie jest tak, że twoja wizja chrześcijaństwa, świata, Boga została Ci podświadomie "podrzucona" przez Matrixy, Avatary, Zeitgeisty? Może właśnie dlatego zżymasz się na myśl o religii "bo to tylko jakieś zakazy"?. Jaka jest prawda o Twoich poglądach? Są Twoje czy tylko cię ich nauczyli

Matrix cię ma - Matrix has you - bo cię zaprogramował filmem.

środa, 16 października 2013

Co symbolizuje pacyfka?

Pacyfka wywodzi się z alfabetu runicznego i jest bardzo starym symbolem. Nie wiem czemu ludzie twierdzą, że powstała w latach sześćdziesiątych poprzedniego wieku, jako połączenie liter alfabetu semaforów. To zwykłe kłamstwo, Pacyfka, czy jak kto woli Pacyfa, to run Algiz w wersji odwróconej, wpisany dodatkowo w koło. Wpisanie w koło oznacza świat.






To jest alfabet runiczny z Wikipedii. Algiz oznaczyłem kolorem czerwonym. Pacyfa Algiz albo Elhaz, Elahaz, bo i tak ją zwano ma trzy znaczenia. Symbolizuje łosia (magiczne zwierze), łabędzia wojownika lub człowieka, który wyciąga ramiona w górę, łącząc się z niebem. Jednak runę tę zapisywano też w wersji odwróconej, będącej negacją pozytywnego znaczenia.

Jak widać, z biegiem czasu stosowano też wersję odwróconą. Zwykle występowała na nagrobkach i symbolizowała śmierć i wszystko co najgorsze. Odwrócona Pacyfę-Algiz nazywamy Wyrd. Jej znaczenie jest bardzo negatywne i oprócz śmierci symbolizuje też mrok, fatum, ciemność itp.



Pacyfę na swoich tarczach (oprócz wikingów) nosili w VIII w. n.e. muzułmańscy najeźdźcy podbijający Hiszpanię. Była symbolem używanym przez nazistów i to nie tylko z SS. Fascynował się nią Bertrand Russel, filozof- ateista, wróg chrześcijaństwa. Stosował ją Szandor La Vey, stanista. A obecnie wmawia się ludziom, że wymyślono ją w 1958 roku, jako połączenie dwóch liter z alfabetu semaforów i symbolizuje pokój. To kłamstwo. Pacyfa symbolizuje przede wszystkim  śmierć.

poniedziałek, 14 października 2013

CDO (collateralized dept obligations)

CDO czyli Collateralized dept obligations, to jedne z papierów wartościowych opartych na długu. CDO jednak obierają się głównie na hipotekach i dlatego odegrały największą rolę w kryzysie jaki wybuchł w roku 2007-2008. CDO były uzależnione od ceny mieszkań, gdy ta spadała, stawały się bezwartościowe.

Do lat dziewięćdziesiątych rynek amerykański był zabezpieczony przed ryzykiem spekulacji na długu przez ustawę Glass-Steagall Act, która zabraniała łączenia bankowości depozytowej i inwestycyjnej. Zmianę przyniósł rok 1990 i ustawa Gramm-Leach-Billey Act dająca takie możliwości i pozwalająca na bankom udzielać pożyczek, a następnie sprzedawać je na rynku wtórnym jako papiery wartościowe. Nazywa się to sekurytyzacją, czyli zamiana pożyczek w płynne aktywa. Do 2001 oku nie było to groźne, bowiem rynek bankowy był stabilny i nie dążył do spekulacji. Ale gdy w tym roku stopy procentowe obniżono poniżej poziomu inflacji wszystko się zmieniło. Nagle udzielanie pożyczek stało się opłacalne, ale bankom nie starczało środków na kolejne pożyczki. Dlatego też zaczęły masowo tworzyć papiery MBS czyli Mortgage backed securities. Były to po prostu papiery wartościowe, z których zyski pochodziły ze spłacanych pożyczek. Dopóki pożyczki były spłacane wszystko było w porządku. Gdy jednak zbyt duża liczba pożyczkobiorców miała problemy finansowe, to MBSy stawały się śmiertelna pułapką finansową dla ich posiadaczy.

CDO, podobnie jak MBS,  były papierami pochodnymi ABS (asset backed securities). Opierały się na cenach mieszkań i ich hipotekach. Dodatkowo były zdeterminowane przez przez wyniki portfela obligacji i jeśli te były słabe, to i CDO przynosiły mierne zyski. CDO były więc obietnicą wypłaty zysków z pożyczek, o ile takie zyski pojawiłyby się. CDO były zwykle dzielone na transze o różnym stopniu ryzyka. Jednak po wybuchu kryzysu okazało się, że agencje ratingowe nie potrafiły właściwie ocenić tych papierów i często bezwartościowe, niespłacalne grupy pożyczek dostawały rating AAA. Co więcej, najgorszej jakości transze, które nie znalazły nabywców, były przez spekulujące nimi banki łączone w inne papiery wartościowe i często oceniane przez agencje jako papiery o stopniu ryzyka AAA. Przed kryzysem CDO były więc uznawane jako pewne i bezpieczne źródło dochodów, później zaś okazywało się że są praktycznie bezwartościowe.

CDO były bardzo przydatne dla banków. Dzięki nim mogły uwolnić kapitały zamrożone w pożyczkach i udzielać kolejnych, co przynajmniej na papierze zwiększało ich zyski. Banki tworzyły spółki-córki, które zajmowały się operacjami na CDO. Odkupywały je od banków i sprzedawały dalej. Prawdopodobnie nikt się nie zorientował w bezwartościowości Collateralized dept obligations, bo ich wartość była bardzo trudna do obliczenia. Były bowiem oparte różnego rodzaju pożyczkach hipotecznych, udzielanych dodatkowo różnym klientom. CDO mogły być oparte na hipotece regularnie spłacających raty zamożnych obywateli i w tej samej puli mogli być kredytobiorcy NINJA (No Income, No Job, No Assets czyli bez dochodu, bez pracy i bez zabezpieczenia). Wyliczenie więc, czy przyniosą zysk czy stratę było chyba niemożliwe. Warto jeszcze dodać, że o ile kapitał banków musiał być na poziomie 8%, to już spółki-córki miały zabezpieczenia średnio na poziomie 2%. Wiele z nich zbankrutowało, gdy ceny mieszkań zaczęły spadać, a one posiadały bezwartościowe papiery CDO.

środa, 25 września 2013

Dionizos ukrzyżowany czyli ORPHEOS BAKKIKOS


Dionizos ukrzyżowany czyli ORPHEOS BAKKIKOS.

W sieci można spotkać mnóstwo informacji, że Jezus Chrystus to zmyślona postać utworzona na wzór innych ukrzyżowanych bogów. Sęk w tym, ze jak się zając badaniem źródeł tych twierdzeń to docieramy do jawnych kłamstw i mistyfikacji. Czasami wręcz są to informacje wrzucane na okładki książek, mimo tego, (!) że autorzy wiedzą iż to nieprawda.

Przykładem takich informacji jest teza o ukrzyżowaniu Dionizosa. Kłamstwa na ten temat rozpowszechnia wielu naukowców. Deschner w swoich pracach bardzo wybiórczo przedstawia temat. Dwóch angielskich autorów Freke & Grandy napisało książkę na okładce której wrzucili amulet będący mistyfikacją, mimo, że przynajmniej jeden z nich o tym wiedział (patrz na dół na źródło).

Chodzi o ORPHEOS BAKKIKOS





Jest to odbicie amuletu, jaki zakupił we Włoszech E. Gerhard. Następnie trafił on do Kaiser Museum w Berlinie. Tam badano go, ale zaginał po II Wojnie Światowej, gdy kolekcja uległa rozproszeniu. Amulet jest dość mały, ma 16x9mm i ma formę wypukłą. Tu widać odbicie, nie wiem w czym. Po dyskusjach w latach dwudziestych i trzydziestych pojawiało się już raczej niewiele o nim publikacji(dlaczego niżej). Drugi raz amulet wypłynął w 1999 roku w książce Tymothy Friek'a i Peter'a Grandy "The Jesus mysteries". Autorzy piszą tam,że jest dowodem na pogańskie pochodzenie postaci Chrystusa.

Dyskusje na temat tego amuletu skończyły się w 1952 roku, gdy nawet zwolennicy tezy, że jest prawdziwy prostowali w drugich wydaniach książek informacje (patrz źródło na dole). Zwłaszcza badacze Reil and Zahn udowodnili, że to fałszywka pochodząca z Italii z czasów mocno po średniowieczu. Wskazywali, że wizerunki Chrystusa w antyku nie mogły być wzorowane na tym ORPHEOS BAKKIKOS, bo Chrystus w antyku był przedstawiany zupełnie inaczej.

Oto dwa wizerunki ukrzyżowania Jezusa z czasów antycznych







Jak dokładniej się im przyjrzymy to można zobaczyć, że

-ręce są wyprostowane

-tułów jest na wysokości zbiegu belek

-nogi zwisają luźno

-nogi są zbite dwoma gwoździami

Wizerunki które przypomina ten ORPHEOS BAKKIKOS to późne średniowiecze











 Widać wyraźnie, że

-ręce tworzą V

-tułów zwisa znacznie niżej

-nogi są prosto albo podkurczone ale

-nogi są zbite jednym gwoździem, co zmienia ich pozycję

Antyczną tradycje przenoszą do dzisiaj wizerunki prawosławne. Oto przykład




Widać, że postać ma wiele średniowiecznych cech lecz nogi są zbite dwoma gwoździami.

Frieke i Grandy wiedzieli o tym,że to fałszywka, ale zbudowali na niej swoją tezę, a wizerunek wrzucili na okładkę.

Źródło http://bede.org.uk/orpheus.htm

------------------------------------------------------------

Kolejnym przykładem manipulacji, jest to co wypisuje na ten temat Deschner, a za nim pół antykatolickiego internetu. Deschner twierdzi, że słowa Chrystusa

"Ja jestem prawdziwym krzewem winnym" z J 15,1-2

dowodzą, że to kult ukształtowany na wzór Dionizosa. Tymczasem to jest aluzja do słów różnych proroków, bowiem izraelici tez znali winorośl. np.

Izajasza (ur ok 756 pne)) "Chce zaśpiewać memu przyjacielowi pieśń o mojej winnicy..." IZ 5, 1-7.

Jeremiasza (ur ok 627 pne) J 2, 21 "A Ja zasadziłem ciebie jako szlachetną latorośl winną"

Jezus więc odnosi proroctwa do siebie, a Deschner chce koniecznie je odnieść do Dionizosa, tylko na jakiej podstawie?

-------------------------------------------------------------

Cud w Kanie Galilejskiej według Deschnera ma być odbiciem przemienienia wina przez Dionizosa, tymczasem katoliccy interpretatorzy odnoszą go do innej sytuacji ze Starego Testamentu, do kuszenia pierwszych ludzi






w tym przypadku 6 stągwi kamiennych zamienionych w wino - 6 dni tworzenia świata z niczego(woda) w rzeczywistość (wino)

Aluzji do Dionizosa się w tym fragmencie trudno dopatrzyć. Chyba, ze się bezkrytycznie dorabia fakty do tezy, jak chce Deschner.

-------------------------------------------------------------

Deschner twierdzi też, że Dionizosa podobnie jak Chrystusa czczono ukrzyżowanego przed ołtarzem z winem. Czy to jednak rzeczywiście było ukrzyżowanie?






tylko, że Dionizos na tym wizerunku nie jest ukrzyżowany tylko przywiązany do pala. już pomijając kształt pala a nie krzyża czy choćby litery T, to przecież ręce ma związane z tyłu w kierunku do dołu. Żeby jednak kogoś ukrzyżować, to musi mieć ręce do góry, bo ukrzyżowanie to uduszenie męczarniach. Dlatego właśnie ręce były rozkrzyżowane, bo to wynika z anatomii mięśni odpowiadających za oddychanie.

Dionizos ma też wychodzące z tułowia i głowy gałązki i liście. Nie jest to moty występujący w żadnym wizerunku Chrystusa, a w wizerunkach Dionizosa stale obecny. Na ołtarzu nie stoi kielich a dwie wazy. Itp itd. W niczym to nie przypomina kultu Chrystusa.

----------------------------------------------------------------

Podsumowując: teza o tym, że Dionizos został ukrzyżowany a potem z jego kultu zrobiono kult Chrystusa nie ma podstaw. Jest utworzona przez ludzi, którzy świadomie "zapominają" o faktach lub je przeinaczają na swoje potrzeby.

niedziela, 22 września 2013

Szarża ułanów na czołgi. Rosyjskich ułanów.

Chciałem opisać prawdziwą szarże dwóch dywizji kawalerii na okopane stanowiska niemieckiej Dywizji Pancernej. Jednak ten idiotyczny atak przeprowadzili Rosjanie, a nie my, natomiast jest to prawie nieznany epizod II Wojny Światowej. Historia znaleziona w książce Władymira Bieszanowa "Pogrom pancerny 1941". Mam zamiar po opisaniu wrzucić to na Wykop i rozpropagować. Z głupimi, szkalującymi mitami trzeba walczyć i je odkłamywać. Proszę więc o kopiowanie tej notki i przekazywanie jej dalej.

Wszystko to rozgrywa się jesiennego 14 października 1941 roku. Niemieckie zagony pancerne, po tym jak spadły na tyły sowieckiej armii w Kijowie zamykając największy kocioł z wojskami w historii, wznowiły natarcie na Moskwę. Operacja Tajfun była wyścigiem do sowieckiej stolicy i zakończyła się niemiecką porażką. W czasie jednak jej trwania i zanim mróz zatrzymał Niemców, poszatkowali, bo jak to inaczej nazwać całe masy wojsk. Dowódcy sowieccy zachowywali się jak idioci, rzucając do nieustannych kontrataków kolejne dywizje, licząc że w ten sposób zatrzymają natarcie. Efektów nie było, a Niemcy z sadystyczną przyjemnością wybijali kolejne fale atakujących ich czołgów, piechoty, a nawet kawalerii. W tym dniu, w innym pojedynczym natarciu, świeża 58 sowiecka Dywizja Pancerna straciła 157 ze 198 czołgów i 1731 zabitych i rannych.

Według takiego samego schematu odbyła się ta szarża kawalerii na czołgi. Niemcy przygotowywali się do kolejnego natarcia, więc okopali się na stanowiskach i czekali na dalsze rozkazy. Tymczasem po drugiej stronie frontu, geniusz Żukow szykował już im kolejna bitwę w rosyjskim stylu, czyli głupio, prostacko i bez oglądania się na straty. 16 Armia pod dowództwem Konstantego Rokossowskiego miała z rejonu na północ od Wołokomska zaatakować ugrupowanie nieprzyjaciela. Rokossowski, pensjonariusz sowieckich łagrów w latach 1937-1941, wiedział, co to znaczy nie wykonać rozkazu. Wysłał więc do opisanego wcześniej ataku 58 Pancerną, a potem...

A potem wysłał do boju przybyłe właśnie z Azji 17 i 44 Dywizję Kawalerii. Razem 6 tysięcy ludzi posłanych na śmierć, po to aby zadowolić boga wojny Żukowa i uniknąć sądu. Tak wygląda opis tej samobójczej szarży w dzienniku działań bojowych 4 Dywizji Pancernej:

Nie mogliśmy uwierzyć, że nieprzyjaciel zamierza atakować po tym szerokim polu, nadającym się chyba tylko do defilad[...] Ale oto trzy rzędy jeźdźców ruszyło na nas. Po  oświetlonej zimowym słońcem przestrzeni pędzili do ataku przytuleni do końskich szyi jeźdźcy z  lśniącymi klingami[...]Pierwsze pociski rozerwały się w gęstwie szarżujących[...] Wkrótce zawisł nad nimi straszliwy, czarny obłok. W powietrze wylatują szczątki rozerwanych ludzi i koni[...] Trudno się zorientować gdzie konie, a gdzie jeźdźcy[...] W tym piekle galopują oszalałe konie. nielicznych ocalałych jeźdźców dobił ogień artylerii i karabinów maszynowych.

Po tej jatce następuje druga odsłona koszmaru. Pewnie po to, aby Rokossowski, mógł zameldować, że rozkaz wykonano, natarcie przeprowadzono, a jemu nie zostało już więcej wojsk do kolejnych ataków.

I oto z lasu pędzi do szarży druga fala jeźdźców. Nie można sobie wyobrazić, że po śmierci pierwszych szwadronów koszmarny spektakl powtórzy się znowu. [...] Ale teren jest już przystrzelany i śmierć drugiej fali kawalerii nastąpiła jeszcze szybciej niż pierwszej.

Bieszanow skomentował to zdaniem "A nam opowiada się anegdoty o polskich ułanach, którzy w konnym szyku atakowali niemieckie czołgi.

Efekty tej szarży były straszne. 44 Dywizja Kawalerii zginęła prawie w całości. 17 DKaw straciła 3/4 stanu osobowego. 800 ludzi, którzy to przeżyli, kilka dni później  be rozkazu opuściła swoje stanowiska. Rokossowski nie miał sobie nic do zarzucenia, a Żukow komentował to dość chłodno.

Jednak przeciwuderzenia te, zwłaszcza tam, gdzie działała głownie kawaleria [nie dały rezultatów, jakich oczekiwał naczelny dowódca.] nic poważnego nie zdziałały, dysponowały zbyt małymi siłami, żeby wywrzeć wpływ na zgrupowania uderzeniowe. Jednostki uczestniczące w przeciwuderzeniach poniosły straty i w chwili potrzeby nie znalazły się tam, gdzie powinny być.

Rosja. Byli ludzie, nie ma ludzi.

Mała bibliografia. (podaje za Bieszanowem)

W. Bieszanow "Pogrom pancerny 1941", Bellona, W-wa 2009, s. 372-375.
K. Rokossowski, "Żołnierski obowiązek", Wyd MON, W-wa 1976, s 102-103.
G. Żukow "Wspomnienia i refleksje" Wyd MON, W-wa 1976, t  II, s. 33



piątek, 16 sierpnia 2013

WOT, KW-1S, KW-1, weak spot, gdzie strzelać

Dla namiętnych graczy w World of Tanks dla KW-1s i KW-1 mam drobną podpowiedź. To jest słaby punkt tego czołgu, weak spot w języku Szekspira.


Poniżej wieży zarówno w KW-1s jak i w KW-1 jest fragment bardzo wrażliwego pancerza, który nie ma skosu. Trafić w niego jest bardzo prosto, a dodatkowo KW mają tam karabin maszynowy. Praktycznie wszystkie działa z bliższych dystansów trafią w ten słaby punkt Klementów Woroszyłowów. Dzięki temu strach przed w World of Tanks KW-1 znika. A więc powodzenia w 4 tierze w walce z tymi gigantami. Nie ma się czego bać :)

niedziela, 14 lipca 2013

Jack London "Martin Eden" - recenzja książki

Postanowiłem napisać recenzje książki, która kiedyś była dla mnie bardzo ważna, ale z perspektywy czasu spoglądam na nią trochę inaczej. Pierwszy raz przeczytałem ja na studiach, potem jeszcze kilkakrotnie ponieważ utożsamiałem się z głównym bohaterem. To ciekawa postać, taki literacki tytan osiągający wszystko, co zamierzył, ale tez postać tragiczna, bo cel jaki obrał na końcu okazuje się być głupi. Nie będę streszczał fabuły, kto jeszcze nie czytał niech to zrobi, bo warto. Kto już czytał zna fabułę.

A zatem czy Martin Eden to książka genialna? Odpowiedź brzmi - nie. Martin Eden bez wątpienia jest książką bardzo dobrą, ale rzutuje mocno na nią osobowość autora, która zwyczajnie zepsuła tę powieść. Polecam zwłaszcza porównanie jej z kilkoma podobnymi książkami Londona, takimi jak "Bellew Kurzawa", "Księżycowa dolina" czy "Maleńka pani wielkiego domu". Odbija się w nich bardzo podobny i niesamowicie uproszczony wizerunek życia ludzkiego. Można by powiedzieć, że London widział ludzi jako stado pluskiew pośród którego od czasu do czasu rodzi się orzeł. Ten orzeł wybiera kierunek, idzie w tym kierunku i osiąga wszystko, co sobie zaplanował. Chce założyć farmę i zbudować olbrzymie stado bydła? No problem. Kupuje byka, daje mu jeść, płodzi z niego potomstwo i sukces zapewniony. Nie ma spadków cen na rynku, byki mu nie umierają bez powodu, trawy nie brakuje bo nie ma deszczu. Słowem - nie udaje ci się bo nie robisz. Wyobrażenie Londona na temat życia pochodzi chyba z książek, bo patrząc na jego życiorys muszę powiedzieć, że albo ślizgał się po rożnych zawodach nigdy żadnego nie pojmując dogłębnie, albo po prostu odnosił szereg porażek, a książki miały mu rekompensować je, jako wymyślone pasmo sukcesów.

I taki właśnie jest Martin Eden. Już, już ma pójść z torbami, gdy nagle cud się dzieje i zyskuje sławę i pieniądze. Bieda opisana jest tam tak dokładnie, że trudno nie uwierzyć, że ją poznał. Ale nawet przez moment jego bohater nie popada od takiej biedy, nędzy i głodu w depresje. Jest więc albo supermenem albo ma coś nie tak z głową. Dawniej tego nie widziałem, ale dziś już rozumiem. Martin Eden nie istniał i nie może istnieć. Przeżywając takie odmiany popełniłby samobójstwo już  połowie powieści. Tymczasem tak się nie dzieje. Dlaczego?

Marks, Spencer, Darwin, Nietzsche, Hegel, Bławatska. Oto odpowiedź. Życie Edena to po prostu odzwierciedlenie tez tych bieda filozofów. London czytał to wszystko moim zdaniem i chciał wcielać w życie. Ale socjalizm i ewolucjonizm ma tyle wspólnego z życiem człowieka, co ja z Martinem Edenem. To stek bzdur. XIX wieczne wymysły ludzi, który patrzyli na rzeczywistość bardzo wąsko i chcieli ją wytłumaczyć prostym prawem. Dlatego też i zakończenie jest takie ciekawe. W całej książce nie pojawia się słowo Bóg i nagle na zakończenie:

Z ziemi, gdzie ufność i strach podły
Z miłością życia, zbyt nam drogą,
Rządzą – dziękczynne ślemy modły
Bogom, co gdzieś tam istnieć mogą,
Za to, że życie nie trwa wieki,
Że nikt nie wraca z mgieł dalekiej
Krainy śmierci, a nurt rzeki
Zawsze na morza spocznie progu.

Nie Bogu tylko bogom dziękuje, bo przecież socjalizm zaprzeczył istnieniu Boga, a odwoływał się do monizmu materialistycznego, który jest tam wspomniany. No i ta wizja życia, które jest do odrzucenia, bo... czegoś w nim brakuje. Wszystko bowiem, co robił Eden to bzdura. Nawet samobójstwa przechodzi jakoś bez echa. Ot wskoczył do wody i już. Nic nie ma. Człowiek to tylko małż. Myślący małż, kopulujący i rozmarzający się bez celu. Nie ma reguł, zasad, nie ma dobra i zła. Jest tylko pustka i z tą właśnie pustką borykał się bohater tej powieści, choć nawet tego nie widział aż do końca.

Smutna książka, bo i filozofowie, którzy ją napisali, mieli wypaczone poglądy. London im wierzył i pogrążył się razem ze swoim bohaterem w morzu. Rest in peace, głupcze.